Poczatek Trasy

Home | Up | Lima | Cuzco | Urubamba | Poczatek Trasy | Przelecz Martwej Kobiety | Sayaqmarca | Phuyupatamarca | Machu Picchu | Ponownie Lima

Wtorek byl pierwszym dniem pieszej czesci naszej wyprawy. Poprzedniego dnia zostawil nas w motelu przewodnik od splywu Urubamba i powiedzial, ze przechwyci nas kolejny - specjalista od tras górskich.
O umówionej godzinie zjawilismy sie w recepcji motelu, nowy przewodnik wraz z kierowca autobusiku juz czekali. W autobusie znajdowaly sie juz rzeczy potrzebne na trasie: namioty, garnki, jedzenie.
chilca01m.jpg (8296 bytes)Chilca - Eddie, Jagoda i autor przygotowuja plecaki do drogi
chilca02m.jpg (7720 bytes) Chilca - moment przed zaladowaniem plecakow

Dolozylismy nasze plecaki i ruszylismy w kierunku punktu startowego trasy - miejscowosci Chilca znajdujacej sie na kilometrze 79 drogi wiodacej do Machu Picchu. Nie mielismy zadnego zabezpieczenia przeciwdeszczowego na plecaki, w zwiaku z tym wstapilismy ponownie do Ollaytantambo.
W sklepiku , w którym sprzedawano mydlo, widly i powidlo, kupilismy dwumetrowe odcinki folii, w które potem zawinelismy nasze plecaki. Gdy wsiadalismy do autobusu, dopadli nas sprzedawcy róznorodnych dóbr. Oferowali pamiatki, butelkowana wode do picia, paczkowane liscie koki .
Ciekaw bylem, jak dziala koka i kupilem malutka paczke. Jedna trzecia wystarczyla mi na cala trase. Jednorazowo bralo sie kilkanascie lisci, zwijalo sie w kulke i zulo przez godzine. W ksiazkach pisalo, ze liscie koki zawieraja alkaloidy regulajace prace serca i redukujace uczucie zmeczenia.
Kupowanie od tragarzy w obecnosci naszego przewodnika dawalo nam poczucie, ze nie jestesmy specjalnie naciagani, bo przewodnik znal zwyczajowe ceny.Wedle zalecen Jurka Majcherczyka - wirtualnego kierownika, plecaki nie mialy zewnetrznych stelazy, zeby nie utrudniac zycia (nie obijac pleców) tragarzom, którzy niesli je po swojemu: zawiniete w folie i derki, razem z namiotami, garnkami, zywnoscia i innym sprzetem.
Kiedys obserwowalem chlopaka niosacego moje rzeczy: plecak byl poziomo na samym dnie, potem byl namiot, czesc obozowej zywnosci i jedno ze skladanych krzesel. Wszystko to bylo zawiniete w derki i umieszczone na plecach tragarza.

Nasz przewodnik zwal sie Eddie Pizarro – prawie tak jak konkwistador. Porównujac buty ludzi z obslugi naszej wyprawy mialem wglad na kastowa strukture spoleczenstwa peruwianskiego: Eddie mial buty mniej wiecej takiej klasy, jak nasze – w miare przyzwoite, kucharz byl w trampkach, a tragarze - w gumowych sandalkach z podeszwami z opon samochodowych.
it01m.jpg (6477 bytes)Trasa pierwszego dnia nie byla trudna – poruszalismy sie po wmiare plaskim terenie wzdluz dolin rzek Urubamba i Kusichaca.
it02m.jpg (8132 bytes)Po drodze zatrzymalismy sie na chwile przy cmentarzu.
Pierwsza znaczaca inkaska budowla, jaka zobaczylismy tego dnia, byla Llactapata lezaca na zbiegu rzek. Widok byl imponujacy: regularne tarasy wtopione w zbocza gór.
llactam.jpg (6346 bytes)Llactapata strzegla wejscia w doline rzeki Kusichaca.
Na trasie nie spotykalismy wielu zabudowan.
it03m.jpg (7515 bytes)Od czasu do czasu mijalismy gliniane domki z reklamami wody mineralnej, coca-coli i piwa. Miejscowi dorabiali sobie sprzedajac napoje przechodzacym turystom. W sklepach nie bylo nic innego do kupienia, jesli ktos chcial, mógl sobie kupic chlodne piwo, albo wode mineralna.
Na nocleg zatrzymalismy sie kolo wioski Huayllabamba.
it23m.jpg (6509 bytes)rzeka Kusichaca przeplywala niedaleko naszego obozowiska.
Rozstawiono nam namioty na pastwisku w nieduzej odleglosci od sciezki. Po niedlugim czasie mielismy juz ciepla wode do mycia i podwieczorek. Na polu obok nocowala jeszcze jedna grupa zamierzajaca przejsc trase Inków.
MtVeronica-thumb.jpg (1346 bytes) Mt Veronica
Pod wieczór zaczalem zwracac uwage, gdzie by tu mozna sfotografowac wschod lub zachód slonca. Dolina rozciagala sie wprawdze tak, ze slonca o zmierzchu nie byloby widac, ale z niektórych miejsc bylo obserwowac osniezony szczyt Mt. Veronica w sasiednim pasmie Cordillera Vilcabamba. Jako, ze mialem statyw, bo niesli mi go tragarze, stwiedzilem, ze nadeszla pora, zeby go wypróbowac. Pod wieczór poszlismy na upatrzone uprzednio miejsce. Rozstawilem statyw, wkrecilem dlugi obiektyw z zyroskopem, namierzylem sie na Mt. Veronica i czekalem na odpowiednie swiatlo. Tuz przed zachodem warunki swietlne zmienialy sie z sekundy na sekunde: ledwo cos ustawilem, a tu juz nadmuchalo chmury, albo przesuwal sie uklad cieni. Jak sie pózniej okazalo dwa zdjecia wyszly dobrze.