Sroda, zgodnie z zapowiedzia przewodnika, byla najtrudniejszym dniem wyprawy: mielismy
do pokonania tysiac czterysta metrów róznicy poziomów, aby wejść na
przelęcz
Warmihuanusca znajdujacą się na wysokosci 4200-4250 mnpm.
Na jakiej dokladnie wysokosci jest przelecz, nie wiadomo:
przewodniki pisza swoje, a na tabliczkach na trasie pisza swoje.
Zdaje sie, ze ludzie malujacy wysokosci na tabliczkach doszli jednak do wniosku, ze maja
bledne dane. Cyfry oznaczajace setki metrów zostaly w wiekszosci przypadków
pozdrapywane. Podobno pierwotne pomiary mialy blad rzedu 100-150 metrów. Przewodnik
opowiadal, ze w maju prowadzil wycieczkowicza majacego przy sobie GPS. Z pomiaru
przeprowadzonego na przeleczy wyszlo, ze byli na wyskosci 4280 metrów, z tym ze GPS mógl
miec duzy blad, poniewaz tylko trzy z szesciu potrzebnych do pomiarów satelitów byly
widoczne.
Kilkadziesiat
metrów przed przelecza zaczelo ulatywac ze mnie powietrze: z kazdym krokiem szedlem coraz
wolniej. Na przelecz doszedlem, zawinalem sie w folie ratunkowa, zeby sie nie wyziebic.
Nasz przewodnik namawial nas usilnie, zeby jak najszybciej zejsc z przeleczy, bo zanosilo
sie na deszcz. Po kilkunastu minutach udalismy sie kilkadziesiat metrów ponizej
przeleczy, gdzie juz czekal na nas obiad. W trakcie jedzenia zaczal kropic deszcz. Kucharz
jednak dobrze wiedzial, gdzie szykowac posilki - zaraz obok nas byla jaskinia.
Przenieslismy sie tam niezwlocznie. Deszcz byl na szczescie krótki, po obiedzie i
zasluzonym odpoczynku udalismy sie kilkaset metrów w dól do naszego obozu nad strumykiem
Pacaymayo. Wiodla do niego sciezka z kamiennymi stopniami. Przewodnik twierdzil, ze
sciezke zbudowali jeszcze Inkowie. Byc moze byla to prawda, ale jestem pewien, ze na
trasie widzialem miejscowych, którzy te sciezke przebudowywali.
Z
wyjatkiem pierwszego dnia serwowano nam posilki bezmiesne. Na trase nie wzieto zadnych
puszek. Wszystkie skladniki byly swieze. Codziennie mielismy inna kombinacje. Do
ciekawostek zaliczylbym fakt, ze kucharz wzial na trase swieze jajka. Niósl je w
kartonach takich jak w Polsce, w reku, albo przypiete sznurkami do wierzchu plecaka.
Gdy
zmierzalismy w kierunku przeleczy, obserwowalismy duza zmiennosc roslinnosci i klimatów.
Przechodzilismy z suchych lak do gestej dzungli pelnej omszonych drzew, lian i epifitów.
Wszystko zalezalo od nachylenia terenu, kierunku wiatrów i oswietlenia.
Kucharz przygotowuje nam kolacje.
Ewa Kiljanska nie znosi kaszki mannej. Eddie
przekonuje Ewe, zeby jadla mu z reki.
Kolacje jedlismy zawsze przy suto zastawionym stole.
Nie jestem pewien, gdzie nasi tragarze nocowali, ale napewno nie mieli wlasnych namiotów.
Jesli nie bylo w okolicy zadnych szalasów, nocowali chyba na wolnym powietrzu. Gdy padal
deszcz, kucharz z pomocnikiem spali w namiocie kuchennym. Kucharz gotowal tylko dla nas i
przewodnika, tragarze zas nosili wlasne jedzenie i gotowali sobie samodzielnie. Milo bylo
poczuc sie jak wielki pan majac do pomocy tylu ludzi nie wydajac na wyprawe wielkich
pieniedzy.
Dziwnie sie okreslalo kierunki Swiata: jako czlowiek wychowany na pólkuli pólnocnej
zawsze pamietalem, ze slonce jest na poludniu. Gdy kolo godziny dwunastej odwracalem sie
twarza w kierunku slonca, zakladalem, ze po mojej prawej stronie mam zachód, a po lewej -
wschód. Poniewaz jednak slonce bylo na pólnocy , wschód z zachodem byly
przestawione.
|