|
Przed południem mieliśmy czas na samodzielne zwiedzanie. Nie było to trudne,
ponieważ byliśmy w samym centrum.
Rano wyskoczyłem z hotelu, żeby zorientować się, gdzie wymienić pieniądze, bo nie
mieliśmy wcale waluty peruwiańskiej. Cinkciarze działają w Peru legalnie. Mieli
niebieskie kamizelki ze znakiem dolara wymalowanym na plecach. Przelicznik był korzystniejszy
niż oficjalny, ale wolałem nie ryzykować i wymieniłem po troszkę gorszym kursie
w kasie hotelowej.
Hotel
Bolivar na placu St. Martin
Mieliśmy trochę pecha, bo plac, przy którym położony jest hotel, właśnie zaczęto
remontować i w związku z tym widoczność była trochę ograniczona i na dodatek hałasowały
młoty pneumatyczne. Widać bylo, ze władze Limy robiły dużo, aby miasto wyglądało
jak najokazalej.
Po lekkim śniadaniu pobiegliśmy na zwiedzanie okolicy. Mieliśmy mapki i udawalo
sie sprawnie nawigować. Na ulicach sporo bylo sprzedawców obnośnych i pucybutów
zachęcajacych do korzystania z ich usług. Obiecaliśmy sobie, że jak wrócimy z gór,
to pójdziemy do pucybuta, tak żeby można bylo zrobić zdjęcie, jak siedzimy na fotelu,
czytamy gazetę, a facet czyści nasze zabłocone buciory.
Była sobota - ruch byl umiarkowany, niektóre ulice byly przebudowywane, kierowcy
ignorowali obecność pieszych, skóra nam cierpla, gdy przechodziliśmy przez niektóre
skrzyzowania.
Nie mieliśmy sprecyzowanych planów - chcieliśmy zobaczyć obiekty zaznaczone na
posiadanych przez nas mapkach. W pewnym momencie po zbliżeniu się do małego parku
miejskiego natkneliśmy się na zbiegowisko. Wpuszczano tam ludzi na podstawie zaproszeń.
Było sporo osób ubranych odświętnie. Pokreciliśmy się wokół wejscia. Ludzie coś
do nas mówili, ale żeśmy nie rozumieli po hiszpańsku. Wkrótce zbliżył się do nas
człowiek w stroju służbowym i jakoś nam wytłumaczył, że jeśli chcemy wejść, to możemy
to zrobić korzystając z bocznego wejscia. Okazało się, ze wkrótce miała się odbyć
zbiorowa ceremonia ślubu cywilnego. Bylo kilkadziesiąt par, w tym dwie świetujace
pięćdziesieciolecie ślubu. Poczekaliśmy pół godziny i obejrzeliśmy początek ceremonii.
Była orkiestra, grano hymn peruwiański, był obecny burmistrz Limy.
Popatrzyliśmy sobie, bo była to dla nas ciekawostka, zwłaszcza, gdy dowiedzieliśmy
się warunków, na jakich udziela się w Peru ślubów cywilnych: można sobie zażyczyć
indywidualnego ślubu, ale to jest podobno drogie. Ceremonie zbiorowe sa znacząco
tańsze, z tym, ze odbywają się raz na pół roku. W zwiazku z powyzszym zaobserwowaliśmy,
ze wiele panien młodych mialo kształty dosyć zaokrąglone.
Kontynuowaliśmy zwiedzanie Limy. Korzystajac z posiadanych mapek udaliśmy się w
kierunku Rynku Glównego . Po drodze staraliśmy się zahaczyć o jak najwięcej punktów
godnych zobaczenia nie bedac pewni, co po poludniu będzie pokazywal nam przewodnik.
Pierwszy na naszej drodze był kosciól San Pedro. Nie przygotowywaliśmy się do zwiedzania
- weszliśmy i zaczeliśmy ogladac. Kosciól mial wystrój barokowy. Jak na epokę przystalo,
było dużo dość dobrze zachowanych rzeźb i złoceń. Przed wejsciem był znaczek, że
nie wolno robić wewnątrz zdjęć. Wewnątrz stałl facet i każdemu, kto miał aparat,
po hiszpańsku tłumaczyl, czego nie wolno robić. Dalo się go przekonać, zeby pozwolił
nam fotografować. Ja osobiście oszczędzałem się z fleszem, co zresztą zbytnio nie
przeszkadzało: kilka zdjęć wyszło ciekawie.
Kościół
San Pedro
Na ulicach Limy obserwowaliśmy sporo uzbrojonej policji. Chłopcy wyglądali jak
nasi zomowcy: mieli kamizelki kuloodporne, kaski, maski, pałki i coniektórzy - karabiny
automatyczne. Zagrozenia nie odczuwałem - wręcz przeciwnie: byłem przyjezdny i nie
zamierzalem przeciw komukolwiek protestować. Ponadto policjanci działali powstrzymująco
na potencjalnych kieszonkowców.
Nastepnym obiektem do obejrzenia byl klasztor i kosciół pod wezwaniem Świetego Franciszka.
Nikt nas znowu nie oprowadzał i to był błąd. Ogladaliśmy kolejne obrazy, płaskorzeźby,
rzeźby i ołtarze. Wiele z nich było oznakowanych tabliczkami - wiedzieliśmy, co
dana rzezba, czy obraz przedstawia, ale juz gorzej bylo z informacją, kto i kiedy
to zrobił. Brakowało ciekawostek. Kiedy po powrocie kartkowałem przewodnik, zorientowałem
się, jak wielu rzeczy nie zobaczyliśmy. Przed wyjazdem trudno bylo się przygotować,
bo nie znaliśmy szczegółowego planu zwiedzania. Chociaż, wobec znikomej liczebnosci
grupy, możnaby było przekonać przewodnika do zobaczenia zaplanowanych przez nas
obiektów. Inna sprawą jest, że przynajmniej ja osobiście nastawiałem się bardziej
na chodzenie po górach i zwiedzanie zabytków inkaskich, niz oglądanie budowli kolonialnych
lub teraźniejszych.
Ogrod w klasztorze Sw. Franciszka
Gdy podazaliśmy w kierunku Rynku Glównego, nagle z nieruchliwej uliczki wylonila
się kawalkada samochodów. Ludzie przyjaznie ku nim wymachiwali, my tez nie byliśmy
gorsi. Okazalo się, ze przejechal wlasnie prezydent Peru Alberto Fujimori.
Zaczela zblizac się godzina druga po poludniu - termin naszego spotkania z przewodnikiem.
Korzystajac z mapek udaliśmy się w kierunku naszego hotelu. Miejscowi widzac, ze
idziemy po ulicach i gapimy się na mapy pytali się, czy nie potrzebujemy pomocy.
Bylo to mile, zwlaszcza gdy oni mówili po hiszpansku, a my - po angielsku. Czasami
nasza rzeczniczka byla Jadwiga, która potrafila wyslowic się troche po wlosku.
Doszliśmy do wniosku, że przed ponownym zwiedzaniem dobrze by bylo cos zjeść.
Bardzo uważaliśmy na potrawy, bo ostrzegano nas, ze w Peru latwo jest się zatruć:
ludzie spoza kraju nie są odporni na wiele grasujacych tam bakterii. Jak się okazało
w trakcie wycieczki, nie bylo tak źle. Wszyscy przetrwali bez jakiegokolwiek uszczerbku
na zdrowiu.
Targ
Punktualnie o umówionej godzinie zjawil się nasz przewodnik Dymitrij - Peruwianczyk,
który jakis czas studiowal w Leningradzie, jakis czas mieszkal w Szwecji z rodzicami.
W latach siedemdziesiatych, osiemdziesiatych jego ojciec mial podobno w Peru klopoty
natury politycznej i musial pozostawac za granica. Matka pracowala gdzies na prowincji
jako nauczycielka. Nie lubili jej partyzanci ze "Swietlistego Szlaku", pewnego dnia
przyszli do domu i zastrzelili ja. Chlopak gadal lepiej po rosyjsku, niz po angielsku.
Po miescie byliśmy wozeni furgonetka. Nie mieliśmy problemów z miejscem w srodku,
jako ze bylo trzech uczestników plus przewodnik i kierowca. Oprowadzanie wygladalo
smiesznie - gdy Dymitriemu brakowalo angielskich slówek, przerzucal się na rosyjski.
Jednych z pierwszych obiektów do zwiedzania byl Rynek Glówny, potem z zewnatrz
- palac prezydencki. Chodziliśmy i pstrykaliśmy zdjecia jak Japonczycy. Obejrzeliśmy
katedre i znajdujace się w zakrystii muzeum. W jednej z wnek widzieliśmy sarkofag
ze szczatkami zdobywcy Peru - Pizarra.
Katedra ma dosc lekka drewniana konstrukcje ze wzgledu na zdarzajace się czasami
trzesienia ziemi.Zwiedzanie nie byloby kompletne, gdybyśmy nie obejrzeli zaniedbanej
czesci Limy. Waskie uliczki, intensywny ruch samochodowy, handel obnosny na ulicach.
Przewodnik nie chcial nas tam zbyt dlugo prowadzac, a ponadto mieliśmy jeszcze w
planie zwiedzenie muzeum archeologicznego znajdujacego się w eleganckiej dzielnicy
Miraflores.
Trzeba
bylo poswiecic z pól godziny na dojazd. Miraflores ma calkiem inny charakter niz
centrum. Domy sa nowsze i lepiej wygladaja.Widac, ze jest to dzielnica, w której
mieszkaja ludzie zamozni.Muzeum archeologiczne nie zawiera bardzo duzej ilosci eksponatów.
Jest kilka ekspozycji tematycznych. Inkowie byli jedna z pózniejszych kultur zamieszkujacych
tereny dzisiejszego Peru. W górach widzieliśmy, ze zostawili po sobie sporo budowli.
Widzieliśmy
mumie, ceramike, w skarbcu - okazy bizuterii i pozlacanych zbroj. Koncentrowaliśmy
się na wczesnej historii ignorujac w duzej mierze historie wspólczesna.Na wieczór
mieliśmy zaplanowana kolacje przywitalna w restauracji La Rosa Nautica stojacej
na palach w wodach Pacyfiku. Restauracja jest wzmiankowana w przewodnikach po Limie
ze wzgledu na serwowane tam dania z owoców morza. Na skarpe nad ocean zostaliśmy
dowiezieni naszym autobusikiem. Nie zawiedliśmy się - ryby smakowaly wysmienicie.
Do jedzenia serwowano nam peruwianski drink - pisco sour. Sklada to się glównie
ze specjalnej wódki, soku cytrynowego i ubitych bialek kurzych. Po kolejnych porcjach
humory porobily nam się wysmienite.
Pogoda
w Limie nie byla rewelacyjna: bylo 15-20 stopni Celsjusza , niebo bylo zachmurzone,
okoliczne wzgórza byly za lekka mgielka. Spodziewalem się, ze bedzie znacznie cieplej
- Lima lezy 12-13 stopni na poludnie od równika. Jedna z ciekawych spraw, z których
zdalem sobie sprawe po przylocie jest fakt, ze Lima jest na mniej wiecej tym samym
poludniku, co Nowy Jork mimo, ze Nowy Jork jest na wschodnim wybrzezu kontynentu,
a Lima - na zachodnim.
|